Andrzej Bałdyga

Andrzej Bałdyga

Andrzej Bałdyga – Kurp z Lemana – Leszek Czyż


Kiedy patrzę dziś na mojego 10 – letniego syna, myślę sobie, że moje dzieciństwo bardzo różniło się od tego, które przeżywają dzieci obecnie. Przede wszystkim o wiele więcej czasu spędzaliśmy na podwórku czy zagajniku koło kościoła, wymyślając sobie przeróżne zabawy; o ile akurat nie trzeba było pomagać przy sianie, przy żniwach, czy innych pracach w polu. To prawda, że my nie mieliśmy alternatywy w postaci różnych cywilizacyjnych dobrodziejstw, jak: telewizor, komputer czy internet. Jedną z naszych ulubionych czynności latem, było pływanie lub łowienie ryb w kanale. Na mapach widnieje on jako rzeczka Turoślanka. Nie było w nim zbyt głęboko, więc brodząc po płytkiej wodzie czasem udawało nam się złowić miętusa, a nawet szczupaka, oczywiście rękoma. Kiedy chcieliśmy popływać, szliśmy za tamę. Tam było znacznie głębiej.

Pewnego upalnego lipcowego dnia wybrałem się właśnie za tamę, żeby sobie popływać. Miałem wtedy nie więcej jak 10 lat. Szedł ze mną wówczas mój przyjaciel Andrzej. Po drodze zauważyliśmy obsypaną dorodnym i apetycznym owocem wiśnię, która rosła niedaleko plebanii. Zdecydowaliśmy, że odwiedzimy ją przed wieczorem. Tak też uczyniliśmy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że wiśnia, rosła na terenie, wprawdzie nie ogrodzonym, ale parafialnym.

Po dwudziestu kilku latach od tego zdarzenia, napisałem gadkę „Księdzowsko ziśnia”. Niemal wszystkie moje gadki opowiadają zdarzenia fikcyjne, aczkolwiek inspirowane różnymi prawdziwymi przeżyciami i opowieściami. „Księdzowsko ziśnia” należy do tych nielicznych, które mówią o autentycznych przeżyciach. Kurpiowskie wiersze, widowiska i gadki kurpiowskie, łącznie z tą wspomnianą, znalazły się w wydanym w 1998 r. przez Związek Kurpiów zbiorku pt. „Pusco ty moja …”.




KSIĘDZOWSKO ZIŚNIA


Opoziem wam tako jedno rzec jekem buł jesce mały. Tero taki dzieciak, to mo wsio o cem tylo zamyśli, ale dawniej tak nie było. Tero od Nikołaja, abo na wykup, to pełno torbe słodycow dostajo, a mnie chrzesno, to tylo kawoł psennego placka i pore psisankow przyniosła.

Totez roz, a było to w take skwarne lato, ślim z Jędrzejem sie wykąpać do rowu i zobocylim na przećko plebanii tako fajno ziśnie, a cało obsypano owocem. Udumalim, ze jek sie ściemni, to przydziem skustować ksyne tech ziśniow. Tak tez zrobzilim. Podeślim do niej pamrokem od strony zogajnika, zeby nicht nie zidzioł.

– Właź chyzo! – mozie do Jędrzeja – póki jesce zidać. Ty rzij i rzucoj, a jo będe łapoł. –

Nie poziem, nie opsieroł sie za długo. Wloz i rzie, ale rzucać, to za duzo nie rzuco.

– Nie zrzyj – mozie – tylo rzucoj! –

A on co i roz to gordziel wyciągo i na coś patrzy. Ślepsie wytrzescuł, to myślołem, ze sie teni pestkani udoziuł, ale nie. Za sile złazi.

– I cego złazis? – mozie – som sie nazereś, a dlo mnie to co !? –

Ale on cale nic nie godo, tylo jesce chyziej złazi. Bryknął i kładzie sie w trowe.

No jo – myśle sobzie – nałykoł sie tech ziśniow, przepadziwek jeden razem z pestkani i mu tero bełk dokuco. Juz chciałem na niego krzyceć, ale oglądom  się … , a tu za mno ksiądz prabosc z bzicem stoi. Moj Boze …, wszystke modlitwy na raz ni sie przybocyły. Na scęście probosc buł cłoziek starsy i nie trasiuł mnie po ciemoku tem bzicem. Jędrzej nie cekoł na mnie, ale jo i som chyzo droge do domu znalosem.

Do dziś onijom to księdzowsko ziśnie.

Jak tylko zbiorek ukazał się, natychmiast wysłałem egzemplarz mojemu przyjacielowi Andrzejowi, który był wtedy dyrektorem Szkoły Podstawowej w Tuchlinie, tuż nad Śniardwami. Chyba nie zdążył go przeczytać.

Andrzej Bałdyga urodził się 23 marca 1963 roku w Pieszycach k. Wałbrzycha. Nie tam jednak należy szukać jego korzeni. Z całą pewnością był Kurpiem. Matka Andrzeja, Jadwiga była rdzenną Kurpianką. Będąc jednak w ciąży wyjechała ponoć do Pieszyc, aby porozumieć się z ojcem Andrzeja, Henrykiem. Najwidoczniej do porozumienia tego nie doszło, gdyż Jadwiga z noworodkiem wróciła w rodzinne strony. Czas jakiś pracowała w Piszu, a następnie wróciła do Lemana i tu została już do końca, imając się różnych zajęć; a to sprzątając w Ośrodku Zdrowia, a to przyrządzając posiłki dla wiejskiego dziecińca. Do szkoły podstawowej uczęszczał Andrzej oczywiście w Lemanie w latach 1970 – 1978. Spędzaliśmy wtedy razem, a więc: Andrzej, Kazik, Waldek, Irka, Celina i wielu innych – dużo czasu na zabawie. Wówczas była nas całkiem spora gromadka chłopaków i dziewcząt tylko z pobliskich lemańskich domów. Dziś pewnie palców jednej ręki w zupełności starczyłoby, aby zliczyć okoliczną dzieciarnię. Andrzej zaskakiwał nas zręcznością i siłą. Lubił sport i chętnie go uprawiał, np. zimą biegał na nartach. Potem te zainteresowania znalazły swoje odbicie na studiach. Jednakże raz poważnie zachorował. Część klasy siódmej (od 7 lutego 1977 r. do końca roku szkolnego) spędził w Uzdrowisku „Wieniec”. W czasie leczenia sanatoryjnego uczył się jednocześnie w Szkole Podstawowej w Wieńcu Zdroju niedaleko Włocławka i tam ukończył klasę siódmą z wyróżnieniem. Andrzej był niezwykle zdolnym uczniem. Na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej miał tylko dwie czwórki; pozostałe oceny, to piątki. W 1970 roku urodził się Robert, brat Andrzeja. Po kilku latach pani Jadwiga wyszła za mąż za Stanisława Lemańskiego i cała trójka zamieszkała w nowym domu. Andrzej odkąd pamiętam, miał mnóstwo zainteresowań. Praktyczne interesowało go wszystko, co go otaczało. Oglądał z wielką starannością różne rośliny na łące czy mchy w lesie. Jeśli coś budziło jego wątpliwości, to szukał odpowiedzi w książkach lub szedł do leśniczego i pytał, pytał, pytał. Umiał nazwać różne rodzaje chmur, a wieczorami patrząc w niebo odgadywał nazwy gwiezdnych konstelacji. Jego wielką namiętnością było czytanie, a czytać potrafił wszędzie. Widziałem go nieraz jadącego z ojczymem na wozie po siano ze wzrokiem wlepionym w książkę. Widziałem jak wracał z łąki na wozie pełnym siana też ze wzrokiem wlepionym w książkę. Jeśli nie czytał, to siedział w szopie i rzeźbił świątki z kawałków lipy. Rzeźbił dłutami, które wcześniej sam sobie zrobił ze starych pilników. To on nauczył mnie jak naostrzyć dzidę w ognisku bez użycia noża, jak zrobić dobry łuk i strzały, jak wykonać z małej karpiny maczugę nabijaną kamieniami. To on podarował mi swoją starą gitarę i nauczył pierwszych kilku chwytów. „Resztę nauczysz się sam” – powiedział wtedy. Nie raz później układaliśmy razem piosenki, np. „Nie daj się Kurpiu!” i graliśmy na gitarach, na organkach, a Waldek Zadroga wybijał rytm na starych pudełkach i garnkach. Lubiliśmy śpiewać i grać ot tak, dla siebie. Jeśli nie muzykowaliśmy akurat, to wieczory, często do późnej nocy, spędzaliśmy na rozmowach, które miały ambicje filozoficznych wręcz dyskursów. Czasem zapisywaliśmy różne myśli. Część z nich wplątała się gdzieś w Andrzejowe rękopisy, a część w moje.

Szkołę średnią skończył w Kolnie. Było to Liceum Ogólnokształcące, do którego uczęszczał w latach 1978 – 1982. Zaraz po maturze wyjechał do Krakowa gdzie studiował w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Odwiedziłem go dwa lub trzy razy. Nazywali go tam Kurp. Był dumny ze swego pochodzenia i dużo wiedział o przeszłości Puszczy Zielonej. Na ścianie w swym akademickim pokoiku zawiesił kawałek autentycznego płotu, a nad nim kosę, którą znalazł spacerując obok Kopca Kościuszki. Andrzej pokazał mi kawałek Krakowa i życie studenckie w akademiku. Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało. Los jednak prowadzał mnie wtedy dość krętymi drogami. Jego życie z dala od domu też nie było różowe. Tuż po przyjeździe po wakacjach do Krakowa, 30.09.1985r. napisał tak: „Palę się, powoli i bardzo gwałtownie zmieniam w popiół to, co mogłoby w przyszłości być żarem, paliwem, kadzidłem i żółcią dla Ciebie. Palę się więc dla Ciebie, palę się więc sam, cało, abyś z rozwianych na cztery strony świata popiołów nigdy nie mogła rozpoznać oblicza tego, co spaliłem. Zgadzam się na życie, na wszystko, na fakty, na plakaty, na wiry, głębie, dna i nieba, na nic. Podziękuję tym, co założą mi pętlę, za kalorie włożone w tę czynność. Będę przeklinał resztki czającego się w płucach tlenu, które będą chciały rozjaśnić mi ostatnie chwile życia. Będę żałował i przepraszał wszystkich, że nie jestem wygodną podłogą dla ich stóp”. W lutym 1986 roku Andrzej zaprosił mnie, jako świadka, na swój ślub. W tę daleką podróż do Żabnicy (k. Żywca), skąd pochodzi jego żona Teresa, wybraliśmy się pociągiem z mamą Andrzeja, jego bratem Robertem i Waldkiem, który był drugim świadkiem. Wesele trwało trzy dni. Do dziś mile wspominam wspaniałą atmosferę, zimne żywieckie piwo i góralską gościnność. Państwu Bałdygom już 7 lipca urodził się pierworodny syn – Przemysław. Do zakończenia studiów mieszkali w trójkę w akademiku.

Po skończeniu studiów, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, oboje znaleźli pracę i mieszkanie w Tuchlinie. Stało się to za sprawą ciotki Andrzeja, która była nauczycielką w miejscowej szkole, a jej mąż dyrektorem tej szkoły. Sprowadzili się do Tuchlina dokładnie wtedy, gdy Przemek skończył roczek. W tym samym roku (1987) ja zaczynałem swą pedagogiczną drogę w Szkole Podstawowej w Warmiaku (gm. Łyse). W nowym miejscu Andrzej bardzo szybko dał się poznać jako doskonały pedagog i wspaniały, niezwykły człowiek. Był rzeczywiście kimś nieprzeciętnym, znacznie wyróżniającym się w swoim środowisku. Jego lekcje były inne od tych, do których przywykli tamtejsi uczniowie. Przyrody, jeśli tylko pogoda pozwalała – uczył na łące i w lesie. Gdy uczył wychowania fizycznego, najpierw z uczniami upletli ze sznurków siatki do bramek. Od 1990 roku zaczął pełnić funkcję dyrektora tej szkoły. W styczniu 1990 roku przyszło na świat drugie dziecko Andrzeja i Teresy – Paulina, a wiosną 1994 roku – syn Marek. Od czasu do czasu odwiedzaliśmy ich z moją żoną Marią. Za każdym razem widziałem, jak zmienia się ich mieszkanie; staje się coraz bogatsze w rzeźby, czy obrazy, które oczywiście Andrzej wykonał. Podziwiałem obite skórą stołki i kanapę. Właściwie, to niemal wszystko w domu potrafił sam wykonać, począwszy od hydrauliki, a skończywszy na meblach. Próbował nawet gry na puzonie. Jednocześnie pisał – pisał wiersze, różne literackie miniatury, opowiadania. Lubił bawić się słowem. W jego utworach znaleźć można i tragizm, i ironię, i filozoficzną zadumę, i frywolność, bo on właśnie taki był, takim go znałem. Miewał różne problemy, ale nie chciał nazywać ich wprost i głośno. Czasem skarżył mi się, a ja go słuchałem, tak jak on słuchał mnie, tak jak tylko przyjaciel może słuchać przyjaciela. Kiedy w 1989 r. braliśmy z Marią ślub, przyjechał sam. W jego zapiskach z tego roku odnajdujemy taki oto tekst: ” Tak za bardzo nie ma z kim porozmawiać. Nie wiadomo co zostało, dyjament, popiół, żal czy nadzieja. Kończy się powoli to, co było kiedyś przed i powoli zaczyna się to, co było za. Zostały same szczury po tym co było kiedyś okrętem. Nie ma gdzie uciekać, rozpacz. Najcenniejsze wartości, wiara – zniknęły. Ale co postanowisz, niech się ziści, przed twoją wolą się ukorzę. Będę się giął i prostował do końca, będę budował zamki na piasku, bo lubię budować”. Bardzo wnikliwą analizą jego utworów zajął się Rafał Bazydło w pracy magisterskiej pt. „Życie i twórczość Andrzeja Bałdygi” pisanej w 2006 r. pod kierunkiem dr hab. Zbigniewa Chojnowskiego.

Przez kilka lat w wakacje wyjeżdżał do Niemiec, aby zarobić na swój wymarzony własny dom. W końcu kupił piękną działkę z dużym domem do remontu w pobliskim Okartowie. Remontował dom, zagospodarowywał działkę, cieszył się choćby małymi postępami w tej robocie. Nie skończył. Nieszczęśliwy wypadek wszystko przekreślił. Zginął tragicznie w czerwcu 1998 r. na swojej nowej posesji w Okartowie, gdzie wkrótce miał przeprowadzić się z rodziną. Teresa została sama z trójką dzieci. Nie chciała kontynuować tego remontu, nie chciała mieszkać tam gdzie zginął jej mąż. Poprosiła mnie o epitafium. To chyba najtrudniejszy czterowiersz jaki w życiu napisałem. Został wyryty na płycie nagrobnej.

Andrzej Bałdyga mimo, że był pogodny dla otoczenia, miewał świetne poczucie humoru, to jednak często można go było spotkać zadumanego, smutnego i jakby nieobecnego. „Kiedy szarość kolejnego dnia pokryje się pleśnią nowych refleksji, kładę spać męczone serce. Każdego ranka zbieram ze strzępów i składam na nowo w całości poszarpane ja. Jest to codziennie inny człowiek, inna kombinacja emocji, a może inny kłębek nerwów. Nie ma już podniecenia z nadziei na odmianę, jest smutny spokój toczącego się obok przeznaczenia. I tak siedzę sam na sam z sumieniem przeszłości i „mierzę siły na zamiary” – na jutro. I myślę o chlebie powszednim, który jem, o ziarnie, które już rzuciłem w grunt i o piecach, z których będę jadł chleb przyszły. I nie widzę żadnego cudu, który by chciał to zmienić”. Wiele czasu poświęcił szukaniu ojca. Kiedyś opowiadał mi, że już właściwie odnalazł go, ale kiedy przyszło do spotkania … „Powiedział, że owszem znał moją matkę, ale ja na pewno nie mogę być jego synem. Potem zaprosili mnie do domu (był żonaty), poczęstowali herbatą, a nawet zapewnili …, że mogą mnie adoptować!” – wspominał później Andrzej. Oczywiście nie chciał, żeby go ktoś adoptował, był już dorosły, w trakcie studiów. Chciał tylko poznać swego ojca. Chyba nigdy nie było mu to dane. W jego utworach  poszukiwanie szczęścia przewija się z przeświadczeniem o nieuchronnej śmierci, rychłej śmierci, tak jakby coś przeczuwał. „Chciałbym porozmawiać sobie ze śmiercią w momencie śmierci, chciałbym się przekonać, czy można umrzeć świadomość i wolę, w co na razie nie wierzę, chciałbym się przekonać kim jestem” (Kraków, 24.11.1984 r.).

Andrzej Bałdyga zostawił kilkadziesiąt różnych tekstów, których nigdy nie publikował, a które z pewnością doczekają się osobnego wydania. Przytoczę kilka z nich.


Leszek Czyż


*   *   *

Praca, dużo pracy. Dni, miesiące, tygodnie; sierpień, wrzesień i znużenie, takie zrezygnowanie, taka szarość. Recesja. Całkowity brak odprężenia. Smutne wieczory z prognozą smutnego ranka, silni i chciwi ludzie dookoła. Nie wiadomo co począć, nie wiadomo na co czekać, gonić i snuć marzenia, układać plany? Może pogrążyć się w powszednim otępieniu, może być jak słoń w Kenii czyimś trofeum.

Każdy sam czuje, jakieś czucie, poczucie cyngla albo garbu. Potrzeba chwili i jej zaspokojenia; chwila potrzeby i poczucie wypróżnienia. Gdzie ta wiara, co czyni cuda, gdzie ta siła, gdzie ten spokój, gdzie te łąki, ta trawa mokra od rosy, gdzie jest grób tego pięknego
świata, w którym żyłem. Optymizm – może będzie trochę ciężko, ale będzie dobrze.

Dziewczęta, co podkochują się w dojrzałych mężczyznach; mężczyźni, którzy zerkają na młode podlotki. Coraz dłuższe klapy na oczach, ośle uszy, naiwność, kołowatość, ociężałość. Czekam na cud, apokalipsę, piekło, niebo, jakąś zmianę. Zamienię używany żywot na nowy. Ona przyjdzie kiedyś, a ja ciągle nie wiem co ja tu robię i po co. Po co się powielam i innych, po co mój DNA Naturze. Gdzie jest oczątek a gdzie Koniec. Żar dogasającego ogniska we mnie, przyjemnie ciepło i nieprzyjemny chłód innych. Dziwne wiry Fortuny, tajemnica i klątwa mojego życia, nie widzę tej ręki, tego koła, przystani, zatoki. I jeszcze duma i zarozumialstwo, egoizm, pycha, chciwość, lenistwo. Leży w błocie poczucie godności, zdeptane, złamana wiara, takie małe czerwone łzy leżą na ziemi, takie westchnienie, taka mała modlitwa. Gorycz i cicha prośba o jutro, bez nadziei i bez wiary w spełnienie.

Może zawiść, ciągłe poczucie zagrożenia. Nie tylko samotność; samotność, to stary kumpel. Czemu zdobywać i zwyciężać jest się storturowanym, czemu deptać, poniżać, obnażać, obdzierać. Niepodległość i jej kompleks, możliwości i nieśmiałość.

Wrzesień, wrzosy, złote słońce, coś odchodzi, jakiś smutek, jakaś cisza, sen, mgły i babie lato, krople rosy, zimna woda. Takie małe cichutkie modlitwy i ta hardość, tępy upór. I to serce, czerwone, pulsujące, krwawe, dymiące na dłoni, wyrwane z trzewi
razem z żalem.

Tuchlin, 17.09.1989r.


*   *   *

Z resztkami złudzeń oddajesz swoje serce
Małą jałmużnę na pożarcie ciału,

Życie już chwyta cię za ręce

I już przestajesz żyć pomału.

Wodnistym wzrokiem, krwi już było mało
Lustro patrzyło na ciebie bezmyślnie

I znów się czoło pomarszczyło
Ciążeniem, które kark twój ciśnie

Noc znów zaśpiewa nam cichą kołysankę
Na całe gardło krzyknie czarną treścią
A może jutro ktoś przed gankiem

Znów będzie żegnał mnie z boleścią.


 


*   *   *

Życie przebiega między szponami dwu kategorii
Dobra i zła.

Ty mała kupka namiętności.
Chcesz w biegu chwycić swoje ja

Patrzą ci w serce bez emocji
Duszę zżerają ci bez nieba

I cieszy ich zryw ku wolności
I sznur napięty obok chleba.

Znajdź siebie w swoich ustach bracie.
Nie daj słabościom z siebie kpić.

Ucz oczy patrzeć przez szum wiatru

I dziur powszednich piękno szyć.


*   *   *

Kłamstwa cieniem oprawione życie,
Obłudy cieniem oprawiona prawda,

Ciało w namiętności bezbolesnym chwycie,
Duszę precz, a instynkty podsuwa do gardła.
Dalej przyjacielu pieniądza kulturą

Pław się w schematach XX wieku.

Ty pępek świata z napęczniałą skórą
Portfela zła boisz się człowieka.

Ty jesteś wielki homo sapiens recens,
Ty swoją stopą przycisnąłeś Ziemię,
Ty równy bogom, lecz byłoby lepiej,
Gdyby szczurze wydało cię plemię.

Kraków, 4.10.1984 r.


Kochać …


„Kochać, to znaczy patrzeć na siebie,
Jak się patrzy na obce nam rzeczy”.
Kochać, to znaczy unieść się fali

Płynąć w amplitudzie jej wzlotów i upadków,
I spokój mieć w sobie; nie machać rękami,

I włosów siwych, ani zmarszczek nie robić,
I czekać do końca; a wtedy na brzegu
Położyć się cicho i popatrzeć w niebo,

I nie słuchać tego co szeptają fale,

I myśli odrzucić w jakieś gniazdo ptasie,
I oddać słońcu i ziemi swoje ciało,

I już nie nazywać nikogo oczami,

I już nic nie żądać, tylko lecieć tam,
Gdzie „Duch Boży unosił się nad wodami”.

Kraków, 23.03.1985 r.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz